Strach ma moje oczy i męczące przekonanie, że prawda o mnie jest ukryta w małej dziewczynce sprzed ponad dwudziestu lat.
To chyba nie jest Ta dziewczynka ze zdjęć, w pastelowych sukienkach i przykładnie uczesnana, uśmiechnięta, wrażliwa i grzeczna.
Chyba prędzej ta sikająca z premedytacją w majtki, pozbywająca się na wielorakie sposoby obiadów i pielęgnująca swe małe tajemnice.
Tak, jestem jednym z tych naiwniaków, którzy myślą, że prawdy o nich samych należy szukać u źródła i którzy marzą, że kiedyś uda się tam powrócić...
Może tak...
Może to też być wyłącznie egzaltowana wymówka.
Takie "pierdolenie" o poszukiwaniu prawdy, o dochodzeniu do źródła.
Może to zwykłe, egocentryczne pragnienie odzyskania niewinności, które wiąże się niestety automatycznie z ciężkim poczuciem beznadziejności tych starań...
A może nie...
Jeśli możliwym by było odtwarzanie własnej przeszłości w postaci filmu zapewne nie zrezygnowałabym z tej bezsensownej okazji.
Może nabawiłabym się kolejnych myślodręczycieli.
A może zwyczajnie zwariowała.
Może ze smutku,
może z przerażenia, może z nudów,
a może ze wzruszenia.
na strychu głowy
czwartek, 27 grudnia 2012
środa, 12 grudnia 2012
drzwi otwarte
Są strychy odpychające, jak ten który obecnie należy do mieszkania w którym żyję. Nigdy tam nie byłam. Ba, aż do teraz, nigdy nawet nie miałam ochoty iść i sprawdzić co jest za jego drzwiami.
Są też strychy masowo wykorzystywane przez wszystkich mieszkańców, wielkie niczym przestronne apartamenty, pobudzające wyobraźnię stopowaną szybko przez pustki w kieszeniach.
Są strychy przystosowane, w których musi być stara kanapa, sprzęt grający i obrazy lokatora, kot, piwo, towarzystwo, śmieszne papierosy i wspomnienia o wagarach.
Mój osobisty strych jest chyba trochę nudny - to strych w dwurodzinnym domu mojej babci.
Dom był stawiany pod nadzorem mojego niewidomego pradziadka Józefa. Mimo swojej niepełnosprawności podobno był w stanie rozliczać budujących z każdej cegiełki.
Jako dzieci uwielbialiśmy kiedy otwierano kłódkę i uchylano nam łaskawie drewniane drzwi, za którymi uderzał nas niezidentyfikowany ciepły i wilgotny zapach strychu.
Za drzwiami było "wszystko" w moim dziecięcym mniemaniu: worki książek i gazet wśród których udawało się czasem odnaleźć "ulubiony" egzemplarz - malujący policzki na różowo, sterty ubrań - prawdziwe skarby naszych mam - które zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach na długo przedtem zanim mogłam sobie wyobrazić że za 20 lat mogłabym to sprzedać za grubą kasę niejakiej 'hipsterce', wielkie wiklinowe kosze, w których sądząc z ich wieku i mojego przekonania, kobiety w średniowieczu usypiały dzieci, okienko przez które 60 lat wcześniej wystawała lufa niemieckiego karabinu, szafki, gołębie, zabawki, niewiadomocosie, strychostrachy i tajemnicze zakamarki.
Trzy lata temu znalazłam tam nawet natchnienie do rozpoczęcia "własnej działalności gospodarczej".
Ostatnim razem chciałam tam zaprowadzić już własne dzieci, ale kłódka i puste mieszkanie rodziny uniemożliwiły to chwilowo.
Z powodu iż jestem raczej osobą o 'niespokojnej duszy', patrzącą w przyszłość z trwogą i wciąż wracającą do przeszłości, postanowiłam regularnie zacząć odwiedzać to miejsce, aby dać upust swej ciekawości, przyjrzeć się strychostrachom z bliska i może troszkę przy okazji pozamiatać...
Zapraszam...
Są też strychy masowo wykorzystywane przez wszystkich mieszkańców, wielkie niczym przestronne apartamenty, pobudzające wyobraźnię stopowaną szybko przez pustki w kieszeniach.
Są strychy przystosowane, w których musi być stara kanapa, sprzęt grający i obrazy lokatora, kot, piwo, towarzystwo, śmieszne papierosy i wspomnienia o wagarach.
Mój osobisty strych jest chyba trochę nudny - to strych w dwurodzinnym domu mojej babci.
Dom był stawiany pod nadzorem mojego niewidomego pradziadka Józefa. Mimo swojej niepełnosprawności podobno był w stanie rozliczać budujących z każdej cegiełki.
Jako dzieci uwielbialiśmy kiedy otwierano kłódkę i uchylano nam łaskawie drewniane drzwi, za którymi uderzał nas niezidentyfikowany ciepły i wilgotny zapach strychu.
Za drzwiami było "wszystko" w moim dziecięcym mniemaniu: worki książek i gazet wśród których udawało się czasem odnaleźć "ulubiony" egzemplarz - malujący policzki na różowo, sterty ubrań - prawdziwe skarby naszych mam - które zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach na długo przedtem zanim mogłam sobie wyobrazić że za 20 lat mogłabym to sprzedać za grubą kasę niejakiej 'hipsterce', wielkie wiklinowe kosze, w których sądząc z ich wieku i mojego przekonania, kobiety w średniowieczu usypiały dzieci, okienko przez które 60 lat wcześniej wystawała lufa niemieckiego karabinu, szafki, gołębie, zabawki, niewiadomocosie, strychostrachy i tajemnicze zakamarki.
Trzy lata temu znalazłam tam nawet natchnienie do rozpoczęcia "własnej działalności gospodarczej".
Ostatnim razem chciałam tam zaprowadzić już własne dzieci, ale kłódka i puste mieszkanie rodziny uniemożliwiły to chwilowo.
Z powodu iż jestem raczej osobą o 'niespokojnej duszy', patrzącą w przyszłość z trwogą i wciąż wracającą do przeszłości, postanowiłam regularnie zacząć odwiedzać to miejsce, aby dać upust swej ciekawości, przyjrzeć się strychostrachom z bliska i może troszkę przy okazji pozamiatać...
Zapraszam...
Subskrybuj:
Posty (Atom)